Porzuć lustro póki czas!

Będąc gorącym prekursorem bezlusterkowych konstrukcji od 2015 roku – stałem się źródłem, niosącym niezależną wiedzę. Moje doświadczenia z materią bezlustrzaną spisałem w kilkunastu artykułach. Gdy sięgam pamięcią do pierwszego materiału, w którym opisałem przejście z systemu lustrzanego Canon`a na bezlustrzany Sony posypały się arcy negatywne komentarze. Wiele było emocji. Dla mnie samego to był też emocjonujący okres. Duży i ciężki sprzęt zamieniłem na coś małego i niepoważnego. Nie wiedziałem jak to będzie. Po dwóch latach wiem dobrze na co stać moją A „siódemkę”, ale ciągle zauważam ze zdumieniem, że nie wszyscy zdają sobie sprawę z zalet aparatów fotograficznych pozbawionych lustra. Ciągle kierowane do mnie zapytania spowodowały, że postanowiłem coś z tym zrobić. Dziwię się, że jeszcze się wahacie… Jaki aparat wybrać? Który obiektyw jest lepszy? Czy taki zestaw będzie nadawał się do tego czy owego? Czy naprawdę wystarczy mi bezlusterkowiec do codziennej pracy czy muszę mieć lustrzankę? Zastanówmy się nad aparatami pozbawionymi lustra. Czy są wybrakowane? Czy to wciąż alternatywa dla „poważnego sprzętu”?

Sony A7R-5

O co chodzi nam w fotografii? O fotografie oczywiście!!! Czym więc je zrobimy nie ma większego znaczenia… Pozornie tak. Jeśli już fotografię możemy zrobić przychodzi chwila refleksji – czym? W pewnym stopniu sprzęt potrafi wpłynąć na uzyskiwany obraz. Tu mamy duże pole do popisu. To właśnie w tym momencie rozmyślamy o rodzaju sprzętu, typach aparatów i obiektywów. Jeden wybór, pociąga za sobą następny. Nim się spostrzeżemy stajemy się właścicielami sprzętu marki X czy Y, a potem idzie już „z górki” dokupujemy kolejne obiektywy, akcesoria nie zdając sobie sprawy, że część z posiadanych elementów zestawu ma wpływ na końcowy efekt. Nasz wybór pociągnął za sobą pewną stylistykę, nazwijmy ją look`iem…, który znawcy przypisują konkretnym firmom i ich produktom. Znawcy potrafią odróżnić fotografie z Nikon`a czy Canon`a… Podobno. Ja tego nigdy nie potrafiłem. Już wydawało mi się, że potrafię… A jednak nie! Wiecie zapewne co mam na myśli… Łatwiej było „za analoga” rozróżnić film, na którym fotografie powstawały…. Tak więc obarczeni byliśmy produkowaniem „pewnego rodzaju” look`u, z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Byliśmy w głównym nurcie.

Leica M Typ 240-35

Od czasu do czasu spotykałem fotografie, które „odstawały” od tych znanych stylistyk. Śledztwa zawsze wykazywały dwa kierunki – średni format albo obrazek z aparatu Leica. To dawało do myślenia, ale dalmierz to przecież przeżytek, a średni format musi na siebie zarobić… Bezpiecznie było się nie zastanawiać i zabierać ze sobą „na robotę” swoją lustrzanę z kompletem szkieł. Było profesjonalnie, ciężko i zawodowo.

Dla mnie – przepraszam za osobiste wynurzenie – pierwszym ciosem, który zmusił mnie do poszerzenia horyzontów było zetknięcie się z lustrzankami Sony (model A900), a ściślej z obiektywami Carl Zeiss, które można było do tej pełno formatowej lustrzanki założyć. Różnica była znaczna. Potem powrót do Canon`a z żalem, że zdjęcia nie będą tak ostre, wymuszony został przez opcję filmowania, której A900 nie miała. Już nie mogłem twierdzić, że nie wiem ile znaczy dobra optyka, a jednak odsuwałem od siebie tę myśl, udając przed sobą samym, że przecież mam „elki” więc jest ok. Potem był drugi cios. Założenie zamiast najdroższej pięćdziesiątki Canon`a 50 mm f/1,2 L szkła Carl Zeiss ZE Planar 50 mm f/2 Makro… Sprawdzanie czy ten najjaśniejszy czy Canon 50 mm f/1,4 czy 50 mm f/2,8 Macro mogą się z nim równać nie miało sensu. Dobry obiektyw poprawiał jakość systemu. Sprzedaż „elek” i zakup serii ZE dopełniły przejścia. Było znacznie lepiej. Obiektywy budują nasz obraz. To już wiedziałem. Nie docierało do mnie, że ta budowa obrazu może być tak różna… Nie docierało to do mnie ponieważ byłem niewolnikiem lustra! Lustra, którego zamontowanie w korpusie powoduje konieczność rezygnacji z wielu rewelacyjnych szkieł. Teraz już to wiem.

Czym jest aparat z lustrem? Anachronizmem, przeżytkiem, muzealnym eksponatem – słowem niczym nie uzasadnionym reliktem minionej epoki, który niebawem zniknie prawie zupełnie z fotograficznego rynku. Zepchnięty zostanie w takie rewiry ofert największych producentów w jakich obecnie znajdują się u nich profesjonalne lustrzanki analogowe pokroju Nikona F6. Są nadal świetne, ale popyt na nie znikomy.
Wybaczcie – tak musi się stać! Dlaczego? Lustrzanki to był przełom, który umożliwił lepsze fotografowanie. Przecież o to w tym chodzi. O łatwiejsze, doskonalsze produkowanie lepszych obrazów. Dalmierze swego czasu były małe, zgrabne i pro (pisze tu o latach czterdziestych i pięćdziesiątych). Miały wymienną optykę działającą zgodnie z prawami fizyki. Było tak jak należy. Jednak fotografujący nie widział przez wizjer dokładnie tego co miało zostać ujęte na fotografii. Podgląd przez lustro, a potem lustro i pryzmat pentagonalny były rewolucją. Oto nagle widziało się prawie dokładnie to co miało trafić na powierzchnię światłoczułą. Doskonalono ten wynalazek. Dalmierze straciły swoją pozycję. Fotograficzny rynek opanowały lustrzanki. Film zastąpiły matryce, a w lustrzankach nic się nie zmieniało. Do pewnego momentu. Zapewne był to schyłek pierwszego dziesięciolecia XXI wieku. Lustrzanki cyfrowe wzbogacono w funkcję filmowania, która stała się apoteozą ich możliwości, a równocześnie zapowiedzią schyłku, chociaż nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Podczas filmowania lustro musiało zostać uniesione. Podgląd obrazu z matrycy pojawiał się na tylnym ekranie. Nagle okazało się, że to lepsze niż ciemny, optycznie niedoskonały obraz w wizjerze. Szokiem było to do czego nie wszyscy od razu się przyzwyczaili – żle piszę – nie wszyscy zdali sobie z tego sprawę – na ekranie pojawił się obraz taki jaki zostanie zapisany na matrycy (kolor, efekt kolorystyczny, ziarno, jasność itd.).

Nokton 1,2 35 f2

Nie podejmuję się ustalić, który z producentów zrozumiał to pierwszy, że lustro w dobie matryc potrafiących w trybie „podglądu na żywo” przekazywać obraz jest anachronizmem. To zresztą nie jest tak ważne jak fakt, że czołowi producenci tego nie zauważyli…. Wystarczyło spojrzeć na lustrzankę trzeźwym okiem. Jeśli mieliście w ręku aparat analogowy (jak ja nie lubię tego słowa) typu Olympus OM 4 Ti lub Contax S2 to wiecie jak mała mogła być lustrzanka na film. Te aparaty miały wszystko co potrzeba. Potem zaczęła się era wpakowywania do korpusu silników do przesuwu filmu, naciągu lustra no i często napędu AF. Lustrzanki rosły podobnie jak obecnie samochody. Każdy następny model „po lifcie” musi być kilka centymetrów większy od poprzedniej wersji – pomimo tego, że wymiary wewnętrzne się nie zmieniają prawie wcale… Takie wymogi rynku. Nabywca chce więcej za podobne pieniądze, a nabywany przedmiot jest większy, a więc lepszy. Przecież cyfrowe lustrzanki nie potrzebują naciągu filmu – całkiem spory silnik nie jest już potrzebny. Dlaczego więc kolejne modele ciągle zwiększają wymiary? Przecież nie po to aby zmieścić coraz bardziej miniaturyzowaną elektronikę…

Powrót do esencji tego co jest potrzebne w kamerze. Wywalenie lustra, pryzmatu, silników dały w rezultacie przeprojektowane korpusy o rozmiarach tak niewielkich, że szokiem dla nabywców (na przykład dla mnie) było to czy dobrze będą mogli trzymać je w dłoni!!! Dodanie wizjera, który umożliwia wygodną obserwację obrazu z całą symulacją ekspozycji, efektów i finalnego wyglądu oraz co ważniejsze możliwość jego powiększenia to już nadmiar szczęścia. To nie wszystko. Przecież możemy wyłączyć symulację ekspozycji i sprawić, że nawet w ciemnościach zobaczymy jasny obraz… Tego, żadna lustrzanka nie potrafi! Powiększenia fragmentu obrazu do precyzyjnego nastawienia ostrości w wizjerze też nie otrzymacie w lustrzance. Podgląd na ekraniku tylnym w trybie LV to maksimum tego co da lustrzanka ale…., te rozmiary…. Na co to komu?

Tak wiem! Prędkość pracy po uruchomieniu, system AF i wiele innych aspektów sprawiających, że będące jeszcze w wieku dziecięcym bezlusterkowce  mogą  przegrywać z topowymi lustrzankami – to bolączka pierwszych konstrukcji. Progres jest niesamowity. Premiera Sony A9 zdaje się pokazywać możliwości i kierunki rozwoju. Przy rewelacyjnej jakości obrazu możemy liczyć już niedługo na migawkę bez drgań i czasy, umożliwiające fotografowanie na pustyni w południe Noctiluxem na otwartej przysłonie. Systemy AF obliczające ostrość na podstawie odczytu z matrycy przewyższą z pewnością typowe, odbijane od luster systemy czujników AF z lustrzanek. Trzeba jeszcze troszkę poczekać, ale jak to mówi moja sąsiadka  do tego „bliżej niż dalej”.

Po co Ci lustro-2
Co zyskujemy zapominając o lustrze, które tylko odsuwa tylną soczewkę od powierzchni światłoczułej? Zyskujemy możliwość pracy z prawie każdym obiektywem. Obiektywy o maksymalnie wyśrubowanych osiągach, pozbawione zniekształceń wprowadzanych przez układy optyczne na siłę odsuwające faktyczne ognisko – stają się wspaniałą alternatywą. Niesamowite możliwości są już wykorzystywane przez konstruktorów w najnowszych obiektywach. Myślę, że nie zdajemy sobie sprawy jak wiele determinacji trzeba było aby szerokokątne konstrukcje zmuszać do sztucznego odsunięcia tylnej soczewki od powierzchni światłoczułej. Ile potu optycy wylewali pod swe śnieżnobiałe fartuchy i ile razy musieli drapać się po głowie zmuszając do maksymalnego wysiłku. Te czasy za nami. Wspaniały technicznie Zeiss Sonar FE 55 f/1,8 do Sony A7 zyskał następcę o świetle f1,4 i osiągach zbliżonych do granic fizycznych możliwości… Kultowe konstrukcje dostępne jeszcze nie dawno tylko dla wybrańców takie jak Noctillux, Biogon Zeiss`a czy Heliary Voigtlander`a projektowane pod dalmierze teraz mogą bez problemu współpracować z najnowszymi matrycami przekraczającymi 36 czy 42 megapikseli! To co dają to nie tylko różne obrazowania. Subtelności są nie do przecenienia, a wpływ na obraz niesamowity. Rozmycia generowane przez konstrukcje z całkiem leciwą historią bywają odkryciem dla bezlusterkowych maniaków. Podczas gdy fani luster podniecają się kolejnym polem krzyżowego AF dodanym do nowego body – bezlusterkowi maniacy myślą czy kupić Nokton Classic 40 mm f/1,4 z jedną czy wieloma powłokami przeciwodblaskowymi… A może zamiast niego starusieńkiego Summicron`a C 40 mm f/2 firmy Leica? To przecież prawie to samo… Nie nie to samo – inna kultura obrazowania. Czy lepsza? Jednemu spodoba się to, drugiemu co innego – ważne, że ma się wybór. Niuanse w renderowanym obrazie to jedno, a miniaturowość systemu to drugie. Świat obiegło niedawno zdjęcie porównujące korpus Sony A9 do profesjonalnego Canona i Nikona. Porównywalna prędkość, ale jaka różnica w wielkości. Czy naprawdę musimy tyle nosić? Nie! Warto się o tym przekonać. Sprawdzić obiektywy w praktyce. Zobaczyć jakość! Oczywiście te szkła to ciągle egzotyka. Ja staram się przybliżać temat na szkoleniach, które zaczynam organizować. Głód wiedzy w tym zakresie jest ogromny. Ilość maili o tym świadczy. Przecież wszyscy myślimy. To dlatego ciągłe pytania o to czy maleńki Summarit potrafi dać obraz podobny do tego z Sigma Art 35 mm f/1,4. Efekt trzeba zobaczyć. Przekonać się naocznie. Nawet testy nie powiedzą całej prawdy – trzeba mieć możliwość przekonania się samemu. Takie porównania to teraz dla mnie podstawowa droga do sprawdzenia, które obiektywy utworzą mój docelowy system. Kultura obrazowania, różnice w rozmyciach to coś co zaczyna być doceniane przez coraz więcej poszukiwaczy lepszego, oryginalniejszego obrazu.  Na rynku pojawiają się nisze zapełniane przezNocturnus`y, Petzval`o podobnie przerobione Helios`y itp.
Jeśli zależy nam na końcowym efekcie w postaci niepowtarzalnych, oryginalnych fotografii o wyjątkowej jakości, które wykonane zostaną przy użyciu sprzętu, który nie doprowadzi do skrzywienia kręgosłupa nie zamykajmy się mentalnie. Zastanówmy. Poróbmy zdjęcia unikalnymi konstrukcjami najlepszych producentów. Przeanalizujmy je w spokoju i zastanówmy się, czy nie warto już odwrócić się od lustra. Teraz jeszcze zyskacie sporo otwierając przed sobą nowe perspektywy rozwoju. Za chwilę będziecie robili to z konieczności – goniąc konkurencję, która będzie lata świetlne przed Wami…